Dołącz do czytelników
Brak wyników

Wywiad

12 sierpnia 2020

NR 3 (Sierpień 2020)

Wystąpienia publiczne – rola przygotowania i zarządzanie tremą

80

Maciej Orłoś – dziennikarz telewizyjny, przez 25 lat (do 2016 r.) prowadził Teleexpress i inne programy w TVP, laureat 4 Wiktorów i 2 Telekamer. Obecnie rozwija kanał na YouTube. Od ponad 20 lat trener wystąpień publicznych dla biznesu. Autor książki O sztuce wystąpień publicznych.

Na początku zapytam Cię, czy po tylu latach stresujesz się jeszcze, wychodząc przed ludzi?
Ostatnio rzadko mam okazję do spotykania innych osób w realu, ale nadrabiam „wyjściami” w wirtualu – prowadzę konferncje i szkolenia online. Jest to dla mnie nowe, ciekawe doświadczenie, chociaż też nie bezstresowe. Teoretycznie siedzę sobie bezpiecznie w domu, a tu nagle okazuje się, że w jednym momencie widzi mnie kilkadziesiąt, czasami nawet kilkaset osób. Nie są to całkiem nowe sytuacje, ale przed pandemią zdarzały się niezwykle rzadko. Występowanie publiczne było głównie związane z sytuacją na żywo, czyli – tak jak mówisz – wychodzeniem przed ludzi. Ale wracając do pytania – czy ja się stresuję? Zacznijmy od tego, że nie wierzę w to, że ktokolwiek może całkowicie pozbyć się stresu. Jest on potrzebny, byle tylko pojawiał się w odpowiedniej dawce. Istnieje nawet takie powiedzenie w środowisku aktorsko-kabaretowo-eventowym: „Jeżeli ktoś przestanie się stresować, to znaczy, że powinien zmienić zawód”. Dlaczego? Ponieważ brak stresu jest niebezpieczny. Stres jest swego rodzaju ochroną – zapewnia odpowiednią temperaturę, mobilizuje, pomaga w skupieniu. A poza tym bez niego nie ma tego dreszczyku emocji. Podejście w stylu „nic mnie to już nie kosztuje” oznacza, że to, co się robi, nie sprawia nam żadnego funu i nie stawia przed nami nowych wyzwań. W takiej sytuacji lepiej zmienić zawód. Tak więc, odpowiadając na Twoje pytanie, oczywiście, że się stresuję, ale dzięki wieloletniemu doświadczeniu nauczyłem się tym stresem zarządzać i sprawiać, aby był on wspierający, a nie blokujący.
P Mówisz, że stres powinien być wspierający. Co jednak z osobami, które twierdzą: „Ja stresuję się tak bardzo, że nie jestem w stanie wyjść przed ludzi i do nich mówić”?
Rzeczywiście, takie osoby się pojawiają. Jednak na podstawie moich wieloletnich obserwacji mogę stwierdzić, że tak naprawdę tylko ułamek procenta tych ludzi to beznadziejne przypadki. Większość z nich może dojść do przyzwoitych rezultatów dzięki odpowiedniemu przygotowaniu i przepracowaniu stresu. Pierwsza rada, jaką daję tym osobom, dotyczy właśnie przygotowania. Jest ono najlepszym parasolem ochronnym przed odczuwaniem zbyt silnych nerwów. Kolejną rzeczą, którą podpowiadam, jest zrezygnowanie z przyznawania się do stresu i zaczynania wystąpienia słowami: „Słuchajcie, jestem tak stremowany, że ręce mi się trzęsą, a głos – jak słyszycie – wibruje”.

POLECAMY

Wtedy odbiorcy zwrócą na to szczególną uwagę?
Właśnie. Jest jednak też druga szkoła, według której można w ten sposób rozpocząć wystąpienie, a taki początek łączy się z pozytywną odpowiedzią ze strony publiczności, która wykazuje wsparcie i dobrą energię. Tylko według mnie dotyczy to wyjątkowych sytuacji, w których chcemy uzyskać tzw. „efekt potknięcia”, bezbronności – pokazać, że „ja też jestem człowiekiem i mogę się denerwować”. Powinniśmy używać tej metody tylko w ostateczności i w sytuacjach kontrolowanych, a nie wtedy, kiedy rzeczywiście nie możemy opanować nerwów. Poza tym lepiej nauczyć się zarządzać naszym stresem, nie licząc na to, że jak się do niego przyznamy, to on zniknie. 

Mam takie samo podejście, ale co w takim razie można zrobić, żeby zniwelować stres?
W przypadku dłuższego wystąpienia staram się na początku sam sobie pomóc, czyli rozpocząć tak, aby oswoić się z okolicznościami i mieć poczucie panowania nad sytuacją. Jak to robię? Na przykład buduję interakcję z publicznością – przerzucam uwagę z siebie na widownię i tym samym łapię nieco oddechu. Przez tę chwilę zamiast na mnie audytorium patrzy na siebie nawzajem i na swoje reakcje. To daje wytchnienie.

Czyli co robisz? Zadajesz pytanie publiczności, przygotowujesz jej jakieś zadanie?
Różnie to bywa, ale myślę tutaj  raczej o zadaniu pytania. Nie trzeba od razu zaczynać z wysokiego C 
i dawać odbiorcom jakiegoś poważnego zadania. Wystarczy na chwilę uruchomić publiczność – ludzie to lubią. Zazwyczaj zadaję pytanie, które formułuję tak, żeby słuchacze wiedzieli, co mają zrobić, np. podnieść rękę, wstać albo pokiwać głowami. Dla przykładu: „Kto z Was stresuje się, kiedy występuje publicznie? Ręka do góry”. Jeśli odpowiednio to zrobimy, w zamian dostaniemy pozytywne impulsy od publiczności. I to naprawdę otrzymamy szansę, aby odetchnąć i z większą dozą łatwości kontynuować wystąpienie.

Co jednak, jeśli zmusiłem się do tego, aby wyjść na scenę, ale mam żołądek ściśnięty ze stresu, widzę zgromadzonych ludzi i myślę: „Nie zrobię tego, nie ma szans”? Jak możemy temu zaradzić?
Załóżmy, że jesteśmy na konferencji. Przed prelekcją, jeszcze podczas przerwy, przywitajmy się z kilkoma osobami, podajmy im rękę, zamieńmy kilka słów. Da nam to poczucie, że wychodzimy do widzów jako ktoś, kogo oni znają – z myślą: „Już nie jesteśmy sobie całkiem obcy, wszystko będzie w porządku”.

Czyli warto poznać swoją publiczność?
Tak, ale powiedzmy, że moja sytuacja jest dosyć specyficzna – mam rozpoznawalną twarz i kiedy gdzieś wychodzę, robi się zamieszanie. Nie zawsze tak jest, ale podobne okoliczności wpływają korzystnie na mój kontakt z publicznością. Czasami jednak zdarza się, że występuję na dużej imprezie przy sporej publiczności. Wtedy często nie chcę jej widzieć i wolę, kiedy pozostanie ona dla mnie anonimowa. Nie chcę dowiedzieć się, że wśród słuchaczy siedzi taki a taki autorytet, taki a taki profesor. 
Nie chcę też, żeby ktoś mnie o tym informował, bo działa to na mnie niekorzystnie – podbija adrenalinę. Anonimowa publiczność jest mniej stresująca. Potwierdzi to każdy aktor. Premierom, na które przychodzą wszyscy krewni i znajomi, towarzyszą największe nerwy. Pamiętam, jak kiedyś pewien aktor powiedział mi: „Gdybyś chciał przyjść na mój spektakl, absolutnie Cię zapraszam, mam tylko jedną prośbę – nie dzwoń do mnie. Tu masz numer do mojej asystentki, ona załatwi Ci bilety. Ja wolę nie wiedzieć, że jesteś na widowni”. Pewnie brzmi to absurdalnie, ale podobnie było, kiedy prowadziłem program w telewizji. Wolałem, żeby jakiś znajomy czy członek rodziny nie mówił mi, że będzie mnie dzisiaj oglądał. Publiczność telewizyjna to ogromna grupa, nawet wielomilionowa, ale traktowałem ją anonimowo. Jeżeli miałem świadomość, że po drugiej stronie siedzi konkretna osoba, a ja – nie daj Boże – się przejęzyczę, to od razu stres wzrastał.

Ale przy tak dużej grupie odbiorów, jaką stanowi publiczność telewizyjna, jest prawie pewne, że ogląda Cię ktoś znajomy. Nie stresowało Cię to?
Właśnie nie. Niby było to pewne, ale nie wiedziałem, kto dokładnie mnie ogląda i czy na pewno. Kiedy dostawałem konkretny sygnał, wykonywany zresztą z sympatii, to myślałem: „Eee, wolałbym nie wiedzieć”. To są absurdalne, ale prawdziwe historie.

Wejdźmy teraz w buty rzeczników prasowych, którzy występują przed grupą mediów. Nie zawsze mają okazję się z nimi zapoznać ani zastosować jakąś interakcję. Co w takim razie mogą zrobić tuż przed wystąpieniem, żeby wzmocnić swoją pewność siebie?
...

Artykuł jest dostępny dla zalogowanych użytkowników w ramach Otwartego Dostępu.

Jak uzyskać dostęp? Wystarczy, że założysz konto lub zalogujesz się.
Czeka na Ciebie pakiet inspirujących materiałów pokazowych.
Załóż konto Zaloguj się

Przypisy